Żałoba, to jest droga. Wywiad z Anją Franczak, Towarzyszką w żałobie

 In Bez kategorii

Dorastała w rodzinie międzykulturowej w Chorwacji i Niemczech, miała kontakt z różnymi kulturami, tradycjami i wartościami. Dziś mieszka w Polsce i jest towarzyszką w żałobie. Z Anją Franczak rozmawiała Agnieszka Skowronek.

Agnieszka Skowronek: Otwarcie mówi Pani o prywatnym doświadczeniu związanym ze stratą, to bardzo odważne. Czy mogłaby Pani opowiedzieć o swojej drodze do stania się towarzyszką w żałobie? To określenie zawodu, czy rodzaj misji?

Anja Franczak: Panująca obecnie atmosfera tabu wokół tematu śmierci bardzo utrudnia nam przeżywanie żałoby i powoduje, że wiele osób czuje się samotnie w swoim doświadczeniu straty. Zdecydowałam się mówić otwarcie o mojej historii, żeby pokazać np. innym kobietom po stracie dziecka, że nie są same.

Towarzysz w żałobie to zawód, w Polsce jeszcze mało popularny, właściwie nieznany, jednak w innych krajach np. w Niemczech albo w Anglii jest wykonywany od ponad 20 lat. Po angielsku nazywa się „grief counselor”, po niemiecku „Trauerbegleiter“. Polską nazwę stworzyłam tłumacząc bezpośredniozjęzyka niemieckiegoi nazwałam się:towarzyszką w żałobie. Dwa lata temu znajoma z Niemiec opowiedziała mi swoją, osobistą historię, która była bardzo podobna do mojej – ona też straciła dziecko. Jej opowieść zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Od początku była nie tylko pod opieką psychologiczną, ale dostała też kontakt do towarzyszki w żałobie. Osoby, która prowadziła ją w całym procesie przygotowania pogrzebu i też później, przez wiele miesięcy, regularnie się z nią spotykała i pomagała jej zintegrować to doświadczenie straty w życie. Kiedy usłyszałam o tym, że ktoś pracuje w takim zawodzie pomyślałam, że to niesamowite, że taki zawód istnieje!

AS: Tak, to prawda.

AF: Miałam też porównanie, jak było u mojej koleżanki i jak było u mnie. Pomyślałam, że takie wsparcie bardzo by mi wtedy pomogło i może ten mój proces żałoby nie byłby taki skomplikowany, bo ja się bardzo zgubiłam w tym doświadczeniu. Bardzo dużo czasu zajęło mi poradzenie sobie z tą sytuacją, więc kiedy usłyszałam, że istnieje zawód towarzyszki w żałobie zaczęłam szukać informacji na ten temat, sprawdzać, dowiadywać się jak wygląda taka praca, kto to robi, jak wygląda szkolenie. Byłam tak zaintrygowana, że w końcu sama zgłosiłam się do instytutu, który szkoli ludzi w tym zakresie. Dostałam się na roczny kurs, który kończył się zdobyciem certyfikatu towarzyszki w żałobie, więc teraz jestem nią oficjalnie. W Polsce nie ma jeszcze takiego zawodu, więc próbuje go stworzyć dla siebie i mam nadzieję, że też dla innych. Jest to dla mnie i zawód, i misja.

AS: Czy w tej chwili jest Pani jedyną towarzyszką w żałobie w Polsce?

AF: Jedyną, która ma takie szkolenie i taki certyfikat. Mam nadzieję, że gdy więcej osób z Polski zdobędzie kwalifikacje za granicą, za jakiś czas, będziemy mogli zaproponować szkolenia również w Polsce.

AS: Mówiła Pani, że koleżanka miała zarówno wsparcie towarzysza w żałobie, jak też i opiekę psychologiczną, czyli to jest coś innego?

AF: Tak, to jest coś innego, choć jest kilka bardzo podobnych elementów. W programie szkolenia jest dużo elementów psychologii. Wśród moich nauczycieli byli psychologowie, np. specjaliści ds. traumy, ale oprócz elementów wiedzy psychologicznej było dużo tematów duchowych i kulturowych, np. związanych z tym jak temat śmierci jest traktowany w różnych kulturach, w różnych religiach. Zdobyłam więc wiedzę psychologiczną, ale w bardzo wąskim zakresie, skupionym na stracie. Psycholog pracuje z różnymi tematami i osobami, które są po różnych doświadczeniach życiowych. Ja nie mam tak szerokiej wiedzy. Nie mogłabym pracować z ludźmi, którzy np. mają jakieś uzależnienia. Mocno skupiam się na tematyce związanej z tym jak sobie poradzić ze stratą, albo też po prostu ze skończonością, bo żałoba u wielu osób uruchamia dużo myśli dotyczących własnej śmiertelności.

AS: A czy od stanu żałoby można się uzależnić? Od przebywania w stanie, w którym jest nam źle, ale to stan znany, więc w jakiś sposób jest paskudny, ale bezpieczny?

AF: Nie wiem, czy używałabym słowa uzależnienie, natomiast to co na pewno może się pojawić, to jest brak perspektywy. Niewiara w to, czy sytuacja w ogóle się zmieni. W fazach głębokiego kryzysu bardzo wiele osób ma tendencje do myślenia w kategoriach: zawsze i nigdy – „już nigdy nie będę szczęśliwa”, „teraz już zawsze będzie mi źle”. Jednym z celów pracy z żałobą jest zmiana perspektywy rozumiana w takim sensie, żeby uzmysłowić sobie, że żałoba to proces, w którym człowiek się zmienia, w którym też się może rozwijać, że nie jest to stan stały, że żałoba ma wiele różnych aspektów i wymiarów, i że to jest droga.

AS: Czy żeby dostać się na kurs trzeba było spełnić jakieś specjalne wymagania? Czy była to rozmowakwalifikacyjna, którą mógł przejść każdy?

AF: Do zgłoszenia trzeba było napisać dużo tekstów – eseje, refleksje o własnych doświadczeniach. Wśród uczestników były osoby z różnych obszarów, pracownicy szpitali, zakładów pogrzebowych, osoby związane z Kościołem katolickim i ewangelickim. Warunkiem przyjęcia nie było jakieś konkretne wykształcenie, może raczej…

AS: …zespół cech charakteru?

AF: Tak, rodzaj nastawienia. Na pewno otwartość na innych ludzi, ale też gotowość do przepracowania własnej historii. Duża część szkolenia wymagała skonfrontowania się z własnymi doświadczeniami.

W trakcie bardzo dużo dowiedziałam się o własnej żałobie. Zobaczyłam różne punkty, aspekty żałoby, które jeszcze nie były zaspokojone, bądź nawet uświadomione.

AS: Określenie towarzyszka w żałobie kojarzy mi się, z funkcjonującymi w dawnej Europie płaczkami żałobnymi, które poprzez płacz i zawodzenie uwalniały emocje wśród uczestników ceremonii pogrzebowej. Czy te funkcje, zawody mają coś wspólnego?

AF: Myślę, że w pewnym sensie tak, chociaż na pewno nie chodzi o to, abym ja płakała i poprzez własny płacz zachęciła innych do wyrażenia emocji. To co robię, to stworzenie przestrzeni, w której jest pozwolenie na wyrażenie wszystkich emocji, otwarcie i w taki sposób, że nie będą one oceniane i krytykowane. Głównym problemem w tym, jak nasze społeczeństwo traktuje żałobę, jest oczekiwanie od osoby w żałobie, żeby z niej jak najszybciej wyszła i wróciła do normy. Większość osób słyszy dużo zdań typu: „weź się w garść”, albo „nie płacz”, a to w ogóle nie pomaga. Daje taż bardzo negatywny efekt, ponieważ dodatkowo, obok bólu, doświadcza się wrażenia, że „coś jest ze mną nie tak”. Pytanie, które najczęściej słyszę od osób w żałobie opowiadających o swoim zachowaniu i odczuciach brzmi: „czy to jest normalne?”. Pytają mnie: „czy to jest normalne, że tak często chodzę na cmentarz?”, albo „czy to jest normalne, że ja tak często płaczę?”. Mam więc wrażenie, że definicja normalności jest obecnie bardzo wąska. Nie ma w niej pozwolenia na smutek. Jednak to, na ile w naszym społeczeństwie wspieramy osoby, które doświadczają trudnych emocji, takich jak smutek i złość, to szerszy temat. Myślę, że za szybko oceniamy, że coś jest nienormalne, coś jest nieadekwatne.

AS: Jeśli ma się problem z trudnym wydarzeniem, doświadczeniem straty, to przecież bardzo ciężko jest się zwrócić do nawet psychologa.  

AF: Trochę to się zmienia w dużych miastach, ale na pewno cały czas istnieje taki stygmat.

AS: Stygmat. To samo pomyślałam, że jeśli ktoś idzie do psychologa, to już nie jest normalny tylko jest…

AF: …wariatem…

AS: …bo przecież każdy powinien sobie radzić. A co zrobić w sytuacji, gdy osobiście chcielibyśmy wesprzeć osobę w żałobie? Czy po prostu, dać się wygadać, przytulić?

AF: To są chyba te podstawowe rzeczy. Dać się wygadać i przytulić, przede wszystkim wysłuchać. Starać się jak najmniej oceniać to, czego ta druga osoba doświadcza.

AS: Właśnie z tych ocen bierze się poczucie, że jesteśmy nienormalni, jesteśmy jacyś dziwni.

AF: Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu płaczek. Przez całą historię ludzkości, w sytuacji straty, mieliśmy do dyspozycji różne rodzaje wsparcia i rytuałów. Osoba zmarła była jeszcze przez jakiś czas w domu, przychodziła rodzina, sąsiedzi i organizowało się wspólne czuwanie. Wzmacniane było wówczas poczucie wspólnoty, więc nie było to doświadczenie indywidualne. Obserwuję teraz w branży funeralnej, zwłaszcza wśród młodej generacji właścicieli zakładów pogrzebowych, może jeszcze nie tak bardzo w Polsce, ale w innych krajach, chęć powrotu do tych starych tradycji.

AS: Do budowania wspólnoty?  

AF: Przede wszystkim do włączenia rodziny w aktywny udział w całym procesie. W Niemczech powstaje coraz więcej zakładów pogrzebowych, które odchodzą od myślenia, że najlepszym wsparciem dla osób w żałobie jest chronienie ich od przykrych informacji lub widoku. Na takim właśnie podejściu bazuje aktualnie oferta większości zakładów pogrzebowych, które mają jako główne hasło: „niczym się państwo nie musicie przejmować, my zajmiemy się wszystkim”. Zgodnie z nią, jeśli ktoś umiera, dzwoni się do zakładu, przyjeżdżają panowie w czarnych garniturach, odbierają ciało i potem oni wszystkim się zajmują.

AS: Ale tak naprawdę, nie wiadomo co robią…  

AF: Dokładnie! Jedna rzecz, że nie wiadomo, co tam się dokładnie dzieje, a druga to, że rodzina i bliscy zostają z pustką. Wobec tego to doświadczenie może, przez długi czas, wydawać się nieco nierealne. Trudno zrozumieć, co się stało, jeżeli tak krótko byliśmy skonfrontowani z osobą zmarłą. Widzimy tylko małą urnę na pogrzebie i to już się nie mieści w głowie, nasz umysł nie nadąża. Dlatego, to co mnie fascynuje w tym nowym nurcie niemieckiej branży funeralnej to fakt, że coraz więcej zakładów zachęca swoich klientów do aktywnej współpracy. Do wspólnego, jak najpełniejszego przejścia przez proces przygotowania pogrzebu, na przykład zaprasza się rodzinę, aby była przy ubieraniu zmarłego, aby aktywnie i kreatywnie zaplanowała, jak ma wyglądać ceremonia, jakie mają być elementy osobiste. To, jak wygląda czas między śmiercią a pogrzebem i w jaki sposób rodzina czuje się zaopiekowana, ma bardzo duży wpływ na długofalowy przebieg żałoby. Co więcej w tych zakładach pogrzebowych mają w zespołach towarzysza w żałobie. Nowoczesne zakłady pogrzebowe postrzegają siebie nie tylko jako firmy, które zapewnią organizację pogrzebu, ale jako usługę, która wspiera rodzinę w okresie pogrzebu i również później. Starają się wrócić do ludzkiego wymiaru swojej pracy.

AS: Aby zgłosić się do towarzyszki w żałobie trzeba pokonać w sobie jakąś granicę wstydu, ograniczeń kulturowych i psychicznych, to przecież rodzaj niecodziennego wsparcia. Jak przebiega spotkanie? 

AF: Tu się pojawia błędna, moim zdaniem, definicja siły i słabości. Z tego co obserwuję, w Polsce dominuje jeszcze myślenie, że jeśli ktoś szuka pomocy albo u psychologa, albo u towarzysza żałoby, to jest to znakiem słabości. To znaczy, że ta osoba sobie nie radzi. Ja widzę to zupełnie odwrotnie. Dla mnie osoba, która szuka wsparcia – wolę powiedzieć wsparcia niż pomocy – to osoba, która zrobiła już pierwszy, bardzo poważny krok. Zdała sobie sprawę z tego, że może mieć wpływ na swoją sytuację, że nie jest biernym, pasywnym człowiekiem. Może mieć wpływ na swój stan i aktywnie działać, zrobić coś dobrego dla siebie, a to jest znakiem wewnętrznej siły, nie słabości. Jest to też przejaw emancypacji i zaufania własnej intuicji, która podpowiada, żeby zrobić coś według własnych potrzeb, a nie dostosowywać się do standardów, oczekiwań otoczenia.

AS: Szukanie własnej ścieżki, słuchanie intuicji, to takie podpowiedzi, wskazówki organizmu na temat tego, co może być dla nas najlepsze.

AF: Ja bym nawet powiedziała, że moja główna rola, jako towarzyszki w żałobie, polega na wzmacnianiu ludzi w tym, żeby ponownie usłyszeli swoją intuicję. Uważam, że osoba w żałobie tak naprawdę, gdzieś głęboko w środku, wie czego potrzebuje – teraz jest czas na płacz, teraz jest czas na krzyk, teraz jest czas na oglądanie starych fotografii. Jednak przez to, że wokół jest tyle oczekiwań, dużo osób swojego głosu wewnętrznego po prostu nie słucha.

AS: Jak wyglądają spotkania z panią? Czy to jest rodzaj rozmowy, czy coś więcej?

AF:Staram się wzmacniać ludzi w tym, czego sami chcą i potrzebują, przede wszystkim poprzez rozmowę. W przeciwieństwie do klasycznej terapii może się ona odbywać w różnych miejscach. Dla mnie najlepiej jest, jeśli spotykam się z ludźmi u nich w domu. Uważam, że o żałobie najlepiej rozmawia się w kuchni przy herbacie, nie w gabinecie terapeutycznym. Jeżeli ktoś woli spotkać się w gabinecie, oczywiście też jest to możliwe. Oprócz konsultacji indywidualnych prowadzę także warsztaty w małych grupach, maksymalnie do 10 osób. Ostatnio prowadziłam warsztaty o tym, jak dbać o wspomnienia. To były warsztaty dla osób, które straciły kogoś już kilka lat temu i boją się tego, że zapominają i szukają sposobów, jak chronić wspomnienia. Prowadzę też wykłady, podczas których opowiadam o nowoczesnych modelach żałoby.

AS: Czy płeć ma znaczenie podczas żałoby?

AF: Moim zdaniem tak i mówię to, bo do tej pory pracowałam tylko z kobietami. Mam wrażenie, że dla mężczyzn jest to dużo trudniejsze. Istnieje więcej oczekiwań wobec tego, jaki powinien być facet – musi być silny, mężczyzna nie płacze, itp. Funkcjonujące w naszej kulturze stereotypy i narzucane, w związku z nimi, oczekiwania sprawiają, że proces żałoby jest dla mężczyzn trudniejszy.

AS: A kultura? Przedstawiciele różnych kultur, różnych narodowości mają odmienne sposoby żegnania zmarłych. Czy kulturowe podejście do śmierci wpływa na osobisty sposób doświadczania żałoby?  

AF: Nad tym cały czas się zastanawiam. Wydaje mi się, że po polsku brakuje trochę słów, żeby to wytłumaczyć. W języku angielskim są trzy określenia: „grief”, „mourning”, „bereavement”, a po polsku jest po prostu „żałoba”. Po angielsku można rozróżnić to tak: „grief” to jest proces wewnętrzny, indywidualne doświadczenie żałoby, „mourning” to jest wyraz żałoby pokazywany na zewnątrz, różne praktyki i rytuały, zwyczaje, a „bereavement” opisuje stan żałoby w znaczeniu społecznym. Skupmy się na dwóch pierwszych określeniach. „Mourning” jest bardzo mocno uwarunkowane kulturowo, natomiast „grief” to jest uniwersalne, głęboko ludzkie doświadczenie.

AS: No tak, wszyscy płaczemy przecież w taki sam sposób. Otoczka kulturowa działa jak filtr. Sposób na to, żeby oswajać temat śmierci.

AF: Przez wieki zwyczaje dawały ludziom orientację, poczucie bezpieczeństwa. Kiedy po śmierci wszyscy gromadzili się na wspólne czuwanie wiedzieli, jak się to robi, to było doświadczenie wspólnotowe. Teraz poprzez przez to, że sfera śmierci została przesunięta z przestrzeni prywatnej do sfery profesjonalistów, została pustka.

AS: Zostaliśmy pozbawieni doznania wspólnotowego, jednak patrząc pod innym kątem wielu osobom zależy na tym, aby pogrzeb i wszelkie formalności z nim związane odbyły się jak najszybciej. Czas ma dla nich kolosalne znaczenie, tak jakby w ten sposób chcieli pozbyć się choć fragmentu ciężaru związanego z żałobą.

AF: Tak, jednak w ten sposób można zrobić sobie krzywdę. To jest rodzaj mechanizmu obronnego – mocno naciskać na tempo, żeby unikać poczucia bólu. Jednak tym szybkim tempem nie koimy bólu, a jedynie przesuwamy go w czasie. Chcemy, żeby wszystko odbyło się jak najszybciej, bo chcemy, żeby ból był mniejszy, ale paradoksalnie to tak nie działa. Zakłady pogrzebowe, o których wspomniałam wcześniej, specjalnie próbują zwalniać tempo. Dają rodzinie kilka dni więcej na przygotowanie ceremonii. To się może wydawać kontr produktywne, ale dla psychiki ma pozytywny, długofalowy efekt.

AS: Rozmawiając z osobami w żałobie bardzo dokładnie dobiera się słowa. Czy można w takiej rozmowie używać słowa śmierć, czy raczej szukać synonimów?

AF: Moim zdaniem jak najbardziej wskazany jest język jasny i klarowny. Staram się unikać eufemizmów. Jedno z wyzwań w żałobie polega na tym, aby zrozumieć, co się stało. Trzeba przyjąć rzeczywistość taką jaka jest i w tym pomaga nam jasny język, bez owijania w piękne słowa. Można mówić jasnym językiem bardzo empatycznie i w ciepły sposób. Tu nie chodzi o to by coś wyrażać w sposób brutalny, tylko zrozumiały.

AS: A w jaki sposób złożyć kondolencje, gdy nie wiadomo co powiedzieć?

AF: Trzeba się w ogóle pożegnać z pomysłem, że istnieją słowa, które pomagają. Jeżeli mamy wobec siebie oczekiwanie, że powinniśmy powiedzieć coś co pomoże w takiej sytuacji, to jest to niewykonalne. Jednak najgorsze, co możemy zrobić to milczeć, nic nie mówić i wycofać się. Ostatnio, gdy rozmawiałam z osobą, która straciła mamę, opowiedziała mi o jednej rzeczy, która jej pomogła. Dostała list, w którym opisane było wspomnienie, historia związana z osobą, która odeszła. Wspominanie, mówienie o osobie zmarłej, pomaga. Często wobec osób, które straciły dzieci, otoczenie stosuje zasadę, aby w ogóle o tych dzieciach nie wspominać, jak gdyby one nigdy nie istniały. Podczas gdy to, czego potrzebują rodzice, to możliwość swobodnej rozmowy. Osoby w żałobie bardzo często chcą rozmawiać o zmarłych, jednak podczas takich rozmów najczęściej pojawiają się łzy, a to dla większości rozmówców jest niekomfortowe. Zamiast próbować pocieszyć, można powiedzieć szczerze: „Nie wiem co powiedzieć. Jest straszne to, co się stało i ja nie mogę nic powiedzieć, ani zrobić żeby to zmienić. Ale jestem przy tobie w tym trudnym czasie, jesteś dla mnie ważna/ jesteś dla mnie ważny”. To są słowa, które wspierają.

AS: Sytuacja śmierci jest zwykle zaskakująca, wiele osób boi się choroby, odejścia swoich bliskich. Czy można się na to przygotować? W jaki sposób oswoić ten rodzaj strachu?

AF: Myślę, że można się przygotować na śmierć, ale nie można się przygotować na żałobę. Proces, który się uruchamia, odblokowuje wiele niespodziewanych rzeczy… Podczas głębokiej żałoby każdy dowiaduje się o sobie czegoś nowego. Poznaje jakieś części swoje osobowości, których nie znał wcześniej. To może wywołać duży lęk, ponieważ nagle zaczynamy się zachowywać inaczej albo doświadczać emocji, które były nam obce. Moja rola to udzielanie wsparcia w tym doświadczeniu.

AS: Skąd pani wie, że proces żałoby już się skończył albo że pani obecność nie jest już konieczna?

AF: To, jak długo ktoś chce korzystać z usług towarzyszki w żałobie, jest po stronie tej osoby. Ja nie stawiam żadnych diagnoz, bo też w mojej definicji żałoba nie ma końca. Natomiast wspólnie znajdujemy sposoby, by ją zintegrować z codziennym biegiem życia. W żałobie są dwa duże tematy: ból i jak sobie z nim poradzić oraz wspomnienia – docenienie tego, co nam utracona osoba dała, czego się od niej nauczyliśmy. W pracy z żałobą chodzi o to, aby zmniejszył się ból, a więź przetrwała, aby poczucie obecności osoby zmarłej traktowane było jako coś pozytywnego. Dar, który ma dużą wartość.

 

fot. Mikołaj Starzyński

Recent Posts

Leave a Comment